czwartek, 6 lutego 2014

Rozdział 6

 W Wielkiej Sali dało się wyczuć podniecony nastrój. Nic się nie zimieniło w wyglądzie pomieszczenia, wręcz przeciwnie – Wielka Sala wyglądała tak jak zawsze, na
codzień. Wszyscy uczniowie dowiedzieli się że Draco Malfoy i Hermiona Riddle, za nie dopuszczalne zachowanie (o ile można to tak nazwać:)) zostali wezwani do gabinetu
 profesor McGonagall, po to aby oni mogli się sprawdzić w nowej roli Romea i Juli. Okazało się że profesorka nie miała nosa. Draco i Hermiona z najszczerszymi
negatywnymi chęciami pokazali na co ich stać: spóźnili się na umówione spotkanie (na co psorka w szczególności przymknąła oko), za głupią odzywkę Dracona, który jej
 powiedział „Zakładem psychiatrycznym, leczącym kalekich mugoli” na zdane pytanie „Czym według was jest ta szkoła?” odjęła Slytherynowi 20 punktów. Z czego można
 wywnioskować że nie dostali tej roli.
 Zadowolona para szła między stołem Domu Węża i Domu Lwa, uśmiechając się szyderczo do każdej osoby która na nich patrzyła. Czasem towarzyszyłay im głupie odzywki.
 Siedząc przy stole rozmawiali i śmiali się.
 - Ej! Malfoy! – zawołał nagle Goyl, który właśnie przyszedł do Wielkiej Sali.
 - Co chciałeś? Może zniżki na wózki? Chyba już nie da rady chłopie, dajesz tylko dwa Galeony i walisz ile chcesz… – razem z Hermioną i paroma innymi Ślizgonami
wybuchneli śmiechem.
 - Ja, ten… albo już nic. Myślałem tylko że… ale nie. – bełkotał nie wyraźnie pod nosem.
 - Goyl nie wysilaj się tak, uważaj bo przekwitniesz a mamy szczególnie deszczową pore roku co może nie sprzyjać twojemu stanowi… – powiedziała Hermiona z udawaną
 powagą na co Malfoy przytaknął i dodał:
 - …i jeśli myślisz że będziemy latać za tobą abyś się nie utopił to grubo się mylisz. Choć nie wiem kto by miał nam nosić później książki, jak myślisz Riddle?
 - Może masz rację. Już się przyzwyczaiłam do „nie noszenia” książek. Teraz, mamy taki zwyczaj że one same za nami łażą… – dodała Hermiona po czym oboje się zaśmiali.
 Hermiona i Draco, byli nie obliczalni. Tylko dwie osoby ale wszyscy bali się im postawić. Dwoje nowych pupilków  profesora Snape’a siedziało w jednej ławce na
 Eliksirach i innych przedmiotach. Więc teraz najwspanialszą częścią dnia były lekcje w lochach. Mogli rozmawiać do woli, Snape nie zrobił im nic, nawet nie próbował
 karać gdy zapomnieli dodawać najważniejszych składników do eliksirów. Niestety na innych przedmiotach nie było tak łatwo. McGonagall zawsze trzymała ich na baczności
 a na Wróżbiarstwie trzeba było słuchać przeklętych opowiastek niby przepowiadania przyszłości.
 - Malfoy… – wyszeptała Hermiona na ostatniej w tym dniu lekcji Zielarstwa do Dracona. Mieli jak na razie wolną przestrzeń do rozmowy – stali po trzy-cztery osoby przy
 jednej roślinie i „próbowali” sposobem opisanym w książce. Przy nich akurat nie było nikogo oprócz Parkinson, która jak zawsze na rozkazach Malfoy’a siedziała
cichutko.
 Profesor Sprut właśnie przechadzała się między nimi i oglądała starania uczniów od czasu do czasu pomagając i pouczając ich. Jak prawie każdy nauczyciel –
nie zaliczajmy do tej grupy profesora Snape’a – w szczególności miała oko na zachowanie Ślizgona i ślizgonki.
 - Mmmm… – powiedział na znak że słyszy nie odwracając oczu od kolekcji krzakowatych roślinek, które właśnie nakłuwał w sposób mało zrozumiały, nożem.
 - Kiedy jest to… to przedstawienie? – zapytała nachylając się do niego troszkę aby właśnie przechodząca psroka jej nie usłyszała. Pondiósł głowę a jej wzrok
 padł na zimne i szaro-niebieskie oczy.
 - Jutro, a bo co?
 - A nie powiesz nikomu? – zapytała. Dracon popatrzył na nią bijącym wzrokiem i dodała. – To tylko tak dla pewności. Więc… chcę wywinąć jakiś numer podczas
 tego przedstawienia.
 - To brzmi ciekawie. Tylko jakiś bardziej mugolski pomysł. Co masz konkretnie na myśli?
 - Może… coś takiego, no aby przedstawianie się nie udało. Może gaz łzawiący? -zapytała, mając nadzieje że Malfoy załapie mugolski produkt.
 - Sama nazwa kojarzy mi się z płaczem ale nie wiem co to jest.
- Powiem Ci wieczorem. – powiedziała Hermiona bo właśnie zabrzmiał dzwonek i mieli już tego dnia wolne.
 - Na zadanie domowe napiszcie na dwie stopy pergaminu na temat jadowitych Tentakuli. Do wiedzenia. – wszyscy uczniowie wyszli z cieplarni naprawdę zażenowani.
 Każdy chciał odpocząć od tej głupiej budy.
 Niektórzy uczniowie za lepsze pochodzenie spodziewali się lepszych ocen, ale niestety nie było takiej możliwości. Teraz w wyższych klasach mogli tylko polegać
 na sobie… i książkach.


 Jedni potrzebowali zaopatrzenia w słodkości na zimne jesienne wieczory, inni miotły do latania. Były też takie osoby które chciały, lub wręcz pragnęły tego aby
 mogły panować nad swoimi uczuciami i wyborem serca.
 Tak się działo od dłuższego czasu. Czar letnich Miłości prysnął, ale to nie oznacza że zakochać się można tylko latem. Każda pora roku miała w sobie jakąś
tajemnice. Zwierzęta i ludzie się zmieniają z upływem czasu. Nie chodzi o zasypianie na zimę czy zapasy.
 Ludzi można nazwać właśnie taką rasą która nie ma swoich zwyczaj.
 - Rozumiesz już? – zapytała Hermiona. Który kiwnął głową a w ręku zatrzepał małym pudełeczkiem.
 - No to do dzieła, Riddle, do dzi… Zaraz, zaraz. – urwał w pół zdania.
- Coś się stało?
 - Chyba. Wymyślę coś później teraz musimy. Jak to się nazywało?
 - Instrumenty. Słyszałam że mają taki mały zespół. Wspaniały pomysł aby sobie trochę popłakali.
 - Jesteś cudna, Riddle. Kocham Cię…
 - Dobra dość tych pogaduszek. – powiedziała jakby zaganiała małe dziecko do spania. Nie uwierzyła w gadkę Malfoy’ea. Jak i on w to nie wierzył. – Idziemy. –
 Zarządziła, mimo że nie docierało do niego żadne słowo ruszył za nią. On ten zimny drań bez uczuć odważył się wypowiedzieć dla niego tak przeklęte słowa,
 które teraz odbijało się echem po jego głowie. Samo echo potrafi zaprowadzić ludzi we właściwy cel. Może się zmieni…

niedziela, 2 lutego 2014

Rozdział 5

 - Dobry wieczór panie profesorze… – powiedziała Hermiona przestąpując próg gabinetu Snape’a. Rozejrzała się dookoła.
 Gabinet wyjątkowo nudny jak na profesora
 Eliksirów; kilka słoiczków na półkach z niewiadomo czym, biórko obszarpane a obok niego dwa liche krzesła. Niczym
 się nie dziwić że ma taki gust skoro mieszka
 w lochach.
 - Dobry wieczór, panno Riddle… albo Granger do wyboru do koloru. – powiedział profesor z jadowitym usmieszkiem na twarzy.
 Szczerze, to na tą chwilę był przerażający
. – Siadaj. – dodał widząc że oniemiała Ślizgonka stoi na środku gabinetu bez celu wpatrując się w profesora. – Profesor
Dumbledoor, poprosił mnie abym przekazał Ci
 wiadomość.
 - Tak, panie profesorze?
 - Otóż widzisz, jak sama widziałaś to wspomnienie, po krótkim czasie Emily Granger zaadoptowała Cię. Twoja biologiczna
 matka, nie żyje co na pewno wiesz. – w oku
 Hermiona zaczęła kręcić się łza mimo wizji jak chciała ocalić Hermiona przed Tom’em nie dało rady się nie wzruszyć. –
 Przybrałaś wtedy nazwisko Granger, jak Ci
 pasuje możesz zostać przy Riddl, a możesz zmienić na Granger. Wybieraj. – rozkazał Snape.
 Nazwiska sporo pozmnieniały w jej życiu. GRANGER – zawsze była grzeczną i udaną kujonką. RIDDLE – poznała się wreszcie
 na życiu, i Malfoy’u.
 - Nie, chyba zostane przy Riddle, panie profesorze.
 - Wybór należy do Ciebe… A teraz jeśli się zdecydowałaś podpisz się już SWOIM wybranym nazwiskiem. – powiedział podsuwając
 jej kwałek pergaminu i pióro. Hermiona
 złożyła szybko autograf o treści „Riddle” i zapytała:
 - To już wszystko panie profesorze?
 - Tak, myślę że tak, panno Riddle…
 - Dobranoc, panie proserorze. – powiedziała Hermiona ulatniając się szybko z gabinetu nie pozwalając profesorowi na
 odpowiedź.
 Idąc opustoszałymi korytarzami, zerknęła na zegarek. Była 18.23. Aż się wierzyć nie chce że siedziała tyle czasu u Snape’a.
 Jej uwagę przyciągnęło duze ogłoszenie z nagłówkiem:


„Romeo & Julia”
 Podeszła bliżej i przeczyała:

Drodzy uczniowie!
Serdecznie mam zaszczyt ogłosić że w naszej szkole odbędzie się przedstawienie pod tytułem „Romeo & Julia” z powodu
dnia Mugolskiego organizowanego przez profesor
 McGonagall. Chętnych do udziału w tym przedstawianiu prosimy zapisywac się u opiekunów swoich domów. Tak zwany Casting
 odbędzie się w najbliższą środę o godzinie
12.00 w Wielkiej Sali. Uczniowie którzy się zgłoszą automatycznie są zwolnieni z końcówki lekcji.
O więcej informacji proszę zgłosić się do profesor McGonagall.
Z poważaniem Albus Dumbledore
 Hermiona zaczęła się śmiać. Nie wiadomu z akiego powodu ale wybuchła nie pochamowanym śmiechem. Teraz gdy była Ślizgonką
wszystkie szczegóły ją bawiły. Dawniej
 potraktowała by to bardzo poważnie. Taki dzień Mugolski i przedsawienie to jest coś! Blee… (przepraszam Cię O Qrchucku,
nasz tajny kod:)) Teraz mogła takie pomysły
tylko wyśmiać…
 Chichocząc jak nie opętana wariatka poszła w kierunku pokoju Wspólnego Ślizgonów. Podała hasło „Czysta Krew” i przeszła do
pokoju.
 Nadal uśmiechając się szczerze opadła na kanape tam gdzie siedziała przedtem. Popatrzyła na Malfoya i ponownie nie mogł
 powstrzymać chichotów.
 - Co Cię tak bawi? – zapytał Draco przyglądając się swoim smukłym palcą.
 - Dambeldore, cała ta szkoła i Romeo & Julia. – odpowiedziała Hermiona. Draco popatrzył na nią zdezorientowany i zapytał ponownie:
 - Co, takiego?
 - Dumbledore, wymyślił przedstawienie z powodu „dnia Mugolskiego” pod tytułem „Romeo & Julia”. To naprawde bardzo
 wzruszając opowieść… a wybierać aktorów będą w
 najbliższą środę o godzine 12.00. Wiesz jak chcesz się zgłosić to ja cie nie zatrzymuje, nie wiem czy zdążysz, będzie
 tyle kandydatów… – zaczęła juz żartować
 Hermiona. Rzucił w nią poduszką od kanapy i powiedział:
 - Romeo i Julia? Co to znowu za debilstwo?
 - Taka sztuka mugolska…
 - Już nic więcej nie mów bo ja znam mugoli na wylot.
 - A co? Chcesz się zgłosić, na Romea?
 - Oszalałaś! Chcem tylko sprawdzić czy bedzie warto to oglądać…
 - Za dużo gadania na taką głupotę. Szczerze mówiąc jak bym jechała na feria do domu to z chęcią moge przywieźć Tobie tą
 książke. Jest taka interesująca… –
 powiedziała Hermiona udawanym rozmarzyonym głosem, przewracając teatralnie oczami. – Dobra, odrobiłeś zadanie domowe
z Obrony Przed Czarną Magią? Choć nie wiem

 po co na to…
 - Ooo, a co? Panna Ja-Wiem-To-Wszystko zapomniała odrobić zadania?
 - Nie gadaj Malfoy, tylko dawaj. Nie mam cierpliwości zwłaszcza po tym…
 - A co dostane w zamian?
 - Nie wiem. Może dam Ci przepisać pracę z Transmutacji? – Malfoy pokręcił głową.
 - Z Eliksirów?
 - Z Numer… zapomniałam ty nie masz Numerologii. To…
 - Za buziaka – wyrwał Malfoy.
 Hermiona popatrzyła na niego krzywo. Rozjerzała się po (o dziwo!) opustoszałym Pokoju Wspólnym i popatrzyła po
 raz kolejny na Malfoya, który, jak zwykle, uśmiechał
 się szyderczo.
 - W policzek.
 - W takim razie, jak całujesz w policzek to odrazu poczuj się jak byś się żegnała z zadaniem a witała z nowym, wielkim
 N…
 - To jest zwykły szantaż…
 - Dokładnie.
 - Yyy… a może, coś innego? – zapytała z nadzieją w głosie a on pokręcił po raz drugi głową. Skrzywiła sie i nie
 odrywając oczu od Dracona siedzącego na drugim końcu
kanapy zaczęła się przybliżać po woli.
 Gdy znaleźli się już bardzo blisko siebie Hermiona poczuła przyjemne dreszcze które co chwila przechodziły jej przez ciało.

 Oboje poczuli jakby wielką tęskonte do tego, choć jeszcze nigdy nie przydarzyło mi się stać na takiej bliskiej odległości.
 Zarówno on jak i ona poczuli słodki smak
 na ustach. On i ona pragneli tego.
 Całując się chwilkę Dracon poczuł że może wykorzystać sytuację i wsnunał swój język do jej ust… Hermiona powoli odchyliła
się i popatrzyła na niego.
 Jego mina natychmiastowo się zmieniła, z drwiącego usmieszku goszczącego cały czas na jego ustach nie było, istnialo
 jedynie zadowolenie i pragnienie powtórzenia
tego jeszcze kilka razy.
 - To, jak? – zapytała Hermiona, mając nadzieje że to wystarczy na pokrycie długu za danie spisania zadania domowego z
Obrony Przed Czarną Magią.
 - Leży tam na stole obok twojego podręcznika do Transmutacji.
 - Dzięki! – powiedziała zadowolona że sprawe Obrony Przed Czarną Magią ma już za sobą. – To jak przepisze to przyniose Ci.
 Gdzie będziesz?
 - U siebie, zaraz tam ide. – powiedział podnosząc się z miejsca.
 - Dobra. – dopowiedziała zakańczając dyskusję i kierując się do swojej sypialni.
***
(Środa)
  – Wiesz jakoś dużo osób się zgłosiło, na ten Casting tylko że żadna z nich nie była dobra. Rzadko, naprawdę bardzo żadko
 zgłaszją sie osoby ze Slytherynu.
 Miom że na razie wybraliśmy Pensy Parkinson i Cormaca McLaggena, na głównych aktorów…
 Draco i Hermiona, przechodząc usłyszeli urywek rozmowy profesor McGonagall i profesor Sprout. Równocześnie wybuchneli
śmiechem na widomość kogo uczynili.
 Profesorowie odwrócili się natychmiast i ich oczom uakzał się roześmiany od ucha do uch Ślizgon i Ślizgonka.
 - Dzień dobry, panie profesor. – powiedzieli również równocześnie co wywołało nową faze śmiechu. Profesor McGonagall jak
 by się nad czymś zastanawiała.
 - Ach tak.
 - Co sie stało Minervo? – zapytała Sprut. Hermiona i Draco przystaneli i miny im zrzedły gdy profesorka powiedziała:
 - Oni doskonale się nadają na Romeo i Julię.
 - My… yyy… nie chcemy… – próbował jakoś tą styuację wytłumaczyć Draco ale McGonagall go uprzedziła.
 - Zgłości się dziś do mnie do gabinetu. Dzisiaj środa, więc Ślizgoni mają wolne popołudnie. Zrobimy małą próbę. – pwoedziała
 i jak najzwyczajnie w świecie odeszła.
 - O Cholera! – warknął Draco kiedy szli dalej korytarzem.
 - Co Ci jest?
 - Co Ci jest? Hermiona, przecież oni chcą abyśmy grali tych porąbanych… jak oni mają? Romeo i Julia? – zapytał Draco
 przystawając.
 - Chyba ich powaliło – stwierdziła Hermiona, łapiąc Dracona za łokieć i popychając aby szedł szybciej…

piątek, 31 stycznia 2014

Rozdział 4

Hermiona Granger jeszcze zaspana idąc przez, obecnie teraz już swą sypialnie, rozglądała się bacznie dookoła jak by się bała że z szafy wyskoczy jakiś stwór,
 albo co gorsza jakiś Ślizgon.
 ”Ślizgon” do tej pory tak obcje jej słowo, a teraz była jedną z nich, oczywiśce tylko płuci żeńskiej. Nie cieszyła się tym luźnym życiem, o którym wczoraj
 opowiadął jej Malfoy. Lubiała siedzieć w bibliotece i nie przeszkadzało jej to że w czasie różnych imperz, urządzanych po wich po wielkich wygranych, profesor
 McGonagall, opiekunka Gryfonów, rozpędzała całe to towarzystwo i zaganiała je do łóżkek. Sam fakt, bardzo się cieszyli gdy Gryfoni osiągali wielkie sukcesy.
 Największymi były chyba zbobycie pucharu Quidicha i Domów, co było wielkim zaszczytem. Co roku odbierali go Ślizgonom. Tylko jak była w pierwszej klasie i w
drugiej go nie zdobyli z ważnych powodów. Po raz pierwszy Harry, ich szukający jeden z najlepszych i tym stuleciu leżał nieprzytomny w szpitalu, a drugim razem
 odwołano rozgrywiki z powodu otwarcia Komnaty Tajemnic. Ale i tak zawsze wiernie im kibicowała…
 Przerywając te swoje piękne wspomnienia otworzyła szfę, gdzie znajdowało się jakieś trzy pary szat czarno-zielonych z naszywką ,,Hermiona Riddle”. Przez ten czas
 polubiła nawet to nazwisko, nie było złe, choć tęskniła trochę za Granger… Ubrała się. Był jak ulał, troszkę przycisne ale to szpeciło jej wyglądu wręcz przeciwnie,
 podkreślało jej kobiece kształty. Przecież każdy musi kiedyś dorosnąć. Uczesała się i założyła buty. Wychodząc drzwi na przeciwko jej sypialni otworzyły się również.
 - Och… – wyrwło jej się niechcący. Malfoy popatrzył na nią i powiedział:
 - Cześć! – widać było humor mu dopisywał.
 - Cześć… – odpowiedziała z niechęci Hermiona nie wierząc że tak wita się z własnym wrogiem. Ale on nie był już wrogo nastawiony, wręcz przeciwnie, chciał się z nią
zaprzyjaźnić. Teraz gdy zwrócił na nią większą uwagę, lecz ona się tym bardzo nie przejęła. Chyba za te wszystkie „Szlamy” ale co z tego jak to nie prawda. Ale i tak
 on był przekonany że jak mówi to tak jest.
 - Czekaj chwilę, muszę Ci coś dać. – powiedział chwytając Hermione za łokieć i zatrzymując.
 - Co, takiego? – zapytała on tylko usmiechnął się tajemniczo i wszedł do swojego pokoju nie zamykając za soba drzwi.
 Hermiona zaglądając ukradkiem do jego pokoju zastanawiała się co to może być. Jego pokoju był urządzony identyczne tak jak Hermiony: gustowny, ładny i jak tradycyjnie
 w Slytherinye zielony.
 Draco po chwili nieobecności wrócił ze zwitkiem pergaminu i odznaką Prefekta. Przecież Parkinson była ich prefektem! Coś tu nie gra…
 - Co to, ma niby być? – zapytała Hermiona zdezorientowana. Była prefektem w Gryfindoorze ale… żeby tak w Slytherinye? Dziwne…
 - Plan lekcji… – powiedział wciskając jej zwitek pergaminu w ręce. – Chyba nie mamy takich samych lekcji jak Gryfoni. – dodał przypinając jej odznakę prefekta do
szaty na piersi.
 - Ale ta odznaka… – powiedziała nadal nie wiedząc o co chłopakowi chodzi.
 - Snape zwolnił ze stanowiska prefekta Parkinson i uczynił nim Ciebie. W końcu niczym się nie dziwię, sama chyba będziesz lepszym prefektem od niej. Aaaa i jeszcze
jedno. Zebrania mamy co środę o godzine 20.00 w Pokoju Wspólnym. Liczę na twoją obecność i do zobaczenia na lekcjach… – odszedł a Hermiona odetchnęła z ulgą.
Rozejrzała się dookoła i zobaczyła jeszcze kilka drzwi. Pierwszym razem nie zwracając uwagi na nie, teraz zauważyła że na każdym z nich jest napisane imie i nazwisko
 osoby zajmującej dany pokuj.
 Poprawiła sobie odznakę i oddaliła się w kierunku Pokoju Współnego. Idąc czuła na sobie spojrzenia więszej części  Ślizgonów, troszkę ją to krępowało ale chyba po
 któtszym czasie do tego przywyknie.
 Siadając w Wielkiej Sali przy stole Ślizgonów nie było jej obco. Każdy domownik Slytherynu traktował ją jakoś inaczej. Może z tego względu iż była córką Lorda
 Voldemorta? No tak można było się tego spodziewać. Przecież jedną z ostatnich dwóch potomków Salazara Slytheryna. Ach robiło jej się zimno i ciarki przechodziły
 po plecach na myśl o tym. Ten wąż na godle…

 A skoro już mowa o wężach, Salazar słynął z tego że potrafił rozmawiać z wężami, tak jak to potrafi Harry! To jeśli Hermiona jest naprawde jego córką też powinna
 potrafić. Ale jak? trzeba po prostu…
 - Panno Ridlle, proszę abyś dziś stawiła się w moim gabinecie. O 18.00 żadnych wymówek. – powiedział Snape, teraz opiekun jej domu. Skinęła głową i powiedziała.
 - Tak, panie profesorze.
 Po zjedzeniu śniadania ponownie udała się do Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Tym razem po książki. Popatrzyła na plan lekcji pierwszą lekcją była transmutacja. Razem
 z Gryfonami i byłą opiekunką. Kolejne wzruszające spotkanie.
 Idąc korytarzem, teraz jakoś Hermionie nikt nie dokuczał. Nie nazywali ją szlamą, ani nie przeszkadzało im że wogóle chodzi do tej szkoły. Włożyła ręke do kieszeni
 i poczuła że coś rno tam włożyła. Wyciągnęła i zobaczyła podarunk od mamy. Ten piękny naszyjnik.
 - Hermiona! – nawoływał ją ktoś z końca korytarza. Odwróciła sie i zobaczyła Ginny.
 - Cześć!
 - Witaj, Hermiono… – powiedziała oficialnym tonem Ginny. Hermiona w odpowiedzi na to stwierdzenie uniosła brwi a Ginny dodała. – W ostatnim czasie nie rozmawiałyśmy…
 - Ja… nie, nie chciałam… przecież to nie moja wina.
 - I właśnie dlatego chciałam z tobą porozmawiać. Bo widzisz… nie zależnie od tego kim się staniesz, zawsze będziemy twoimi przyjaciółmi…
 - Będziemy? – zapytała Hermiona nie wiedząc o kogo chodzi.
 - No, ja, Harry i Ron.
 - Jakoś nie wiedzę żeby Ronowi się uśmiechało spotakać z córką Voldemorta, a co dopiero Harry’emu!
 - Nie wściekaj się, wiem że jest Ci źle być…
 - Dobrze jest mi być Ślizonką – odpowiedziała Hermiona i odeszła. To spotkanie z Ginny jeszcze bardziej nadszarpnęło jej nerwy.

***
 - Czy wy nigdy nie przestaniecie być troszkę ciszej?! – zapytała Hermiona pierszoroczniaków którzy w tym samym momęcie uciszyli się i popatrzyli
na nią jak by była jakimś dzikim Hipogryfem. Czytała właśnie podręcznik do Transmutacji od czasu do czasu wymieniając zdanie z Malfoy’em.
 - Nie denerwuj się, kiedy się dowiedzieli że jesteś córką Czarnego Pana, spodziewali się w każdej chwili ataku z twojej storny.
 - Dzięki za pocieszenie, nie ma co. – powiedziała zgryźliwe. – A tak z innej beczki. Gdzie jest gabinet Snape’ya?
 - Nie wiesz?
 - Jakbym wiedziała to bym się przecież nie pytała, chyba nie? – powiedziała uśmiechając sie do Malfoya. Uśmiechając się do Malfoya. Jak to dziwnie brzmi.
 - Jak się wychodzi z klasy Eliksirów, zaraz na prawo jest taki korytarz który prowadzi schodami w dół. Na dole są chyba trzy pary drzwi. Te od jego gabinetu,
 to te które są duże, brązowe i zamiast normalnej klamki jest jakby taka głowa węża.
 - Dzięki… – spojrzała na zegarek. – 17.00… ile jeszcze czasu…
 - Po co Cię wzywa?
 - Sama nie wiem. Powiedział mi tylko żebym przyszła o 18.00 i ulotnił się. Dziwny z niego typek…
 - W końcu był Śmierciożercą i kto wie… może nie przestał nim być. Służba Czarnemu Panu, to służba na całe życie.
 - Co masz na mysli?
 - Coś konkretnego.
 - To znaczy?
 - Nazywasz się Riddle. RIDDLE. – powtórzył Draco.
 - No i co z tego? Przecież to normalne.
 - A właśnie że nie. Jestem jednym z dwóch osób która widziała to wspomnienie. A co Ci chciał zrobić w tedy Tom? – Hermione olśniło. Ale Snape nie był by do tego
zdolny… – ale nie sądze aby ten gnojek mógł Ci coś zrobić…
 - Tak myślisz?
 - No tak…

Rozdział 3

 - Dziękuję, panie Dyrektorze. – powiedziała wstrząśnięta Hermionia wychodząc z gabinetu profesora Dumbeldoora.
 Była wstrząsnięta, wolała by jej rodzice tłumaczyli
jej to od samego początku: była córką Lorda Voldemorta, jej przyrodnia matka jest czarownicą (może dlatego zawsze miała
 fioła na punkcie tych świecidełek, o których
Gregor Granger nie miał zdania) a teraz jak któś się o tym dowie, dowie się cała szkoła. Choć jest ostatnią potomkinią
Slytherina była w Gryffindoorze. To wygląda na
 jakąś zmowe. Dziś po raz drugi, jako jedyna w historii Hogwartu założy przy wszystkich uczniach, Tiarę Przydziału która
zdecyduje ostatecznie, do jakiego domu będzi
e należeć.
 Hermiona nie zmieniła się tylko fizycznie, oprócz bardziej kobiecych kształtów, jej pogląd na dobro stał się troszkę
inny. Zawsze wiedziała że istnieje dobro i zło…
ale, w ostatnim czasie wbiła siobie myśl do głowy ,,Nie ma dobra i zła, jest tylko władza i potęga”. Nie była już tą
samą uczennicą wzorową i zawsze przygotowaną: od
 czasu do czasu nie interesowało ją to. Ostatnio idąc zamyślona potrąciła pierszorocznika, zamiast zatrzymać się i pomóc
 małemu powiedziała tylko:
 - Uważaj jak łazisz, gamoniu!
 Jej myśli chodziły co chwilę obok jej ojca. Po woli z jej marzenia zostania nauczycielem w Hogwarcie przekstałcały się
 na marzenie dorównaniu ojcu, największemu
Czarnoksiężnikowi na świecie. Chciała stanąć u jego boku, być wiernym śługą.
 Przestraszona Hermiona swoimi myślami, nie chciała wiedzieć co się dzieje wokół niej. Z dziwnego przeczucia które zmieniło
 się w strach, podwinęła rękaw na lewej
ręce i popatrzyła. Odetchnęła z ulgą, nie zobaczyła czarnego i przerażającego Mrocznego Znaku. Właśnie kierowała się w
stronę Wieliej Sali na kolację i uroczyste
 ogłoszenie w którym będzie domu.
 - Hej, Hermiono! – powiedział radośnie Harry obejmując… Ginny. Najwyraźniej szczęście im dopisało.
 - Czy wy… yyy… jesteście razem?
 - No tak…
 - Ile czasu?
 - Całe dwie godziny… – powiedziała Ginny uśmiechając się szczerze.
 Profesor Dumbeldoor powstał. Hermiona wstrzymała oddech.
 - Drodzy uczniowie! Dziś po raz pierwszy w historii Hogwartu, odbędzie się bardzo dziwne zdarzenie. Albowiem przez
 pomyłkę, Hermiona Granger musi po raz drugi
 założyć tiarę przydziału… Podejdź proszę, Hermiono… – Wstała od swojego stołu i ruszyła powolnym krokiem w strone nauczyciel

i. Bała się i wstydziła gdy setki par
 oczu były zwrócone na nią.
 Usiadła na stołku profesor McGonagla założyła jej z przerażoną miną tiarę. Po raz drugi cichy głosik:
 - Hermiona Granger? Nie mylę się? Ojj… kiedyś myślałam że jesteś inna. Złe myśli zastąpiły dobro w twoj…
 - Nie ma dobra i zła – powiedziała Hermiona wyrzucając z siebie kojące myśli. – jest tylko władza i potęga…
 - Przykro mi że tak muszę postąpić ale nie pasujesz już do Gryffindooru…
 - Slytherin! – krzyknęła na całą sale. Przy stole Ślizgonów wybuchły oklaski a Hermiona kierując się w tamtą stroną
zobaczyła kątem oka strapione miny nauczycieli.
 Hagrid tylko pokręcił głową, a pry stole Gryfonów, Puchonów i Ktukonów widać było strapione twarze jej kolegów i koleżanek.
 Usiadła koło Dracona Malfoya i Pensy
 Parkinson.
 - Siemka, Granger! To jak masz teraz na nazwisko? – zapyał Malfoy, kilka innych Ślizgonów nachyliło głowy by lepiej słyszeć.
 - Riddl… – odpowiedziała cicho tak że słyszał tylko Draco. Nie odsunął się od niej, uśmiechnął się i powiedział:
 - Draco Malfoy. -  wygiągnął ręke w jej kierunku. – Sądze że teraz można zacząć wszystko od początku, skoro jesteśmy w
 tym samym domu a Snape mnie wyznaczył abym
 ci wszystko wytłumaczył…
 - Hermiona Riddl. – powiedziała uśmiechjąc się nikle i ściskając ręke Dracona. Po kolacji razem z wszystkimi Ślizgonami
 do Pokoju Wspólnego.
 - W Slytherinie nie prowadzimy takiego trybu życia jak u was. Troche luzu i imprez, Snape jak na razie nam na to pozwala.
 Najważniejsze osoby, takie jak ja albo
 ty, mają swoje prywatne dormioria. W wolnym czasie nie siedzimy w bibliotece jak kołki tylko wykorzystujemy go…
 aby się nie nudzić. Tutaj będziesz spać, twoje
rzeczy czekają tam na Ciebie. Jesli będziesz chciała coś się zapytać mieszkam na przeciwko Ciebie. To dobranoc, Hermiono…

 - Dobranoc, Draco… – powiedziała, w odpowiedzi na wyraz ,,Draco” uniusł wysoko brwi i wszedł do siebie.
 Hermiona nie mogąc uwierzyć co się stało, położyła się myśląc że kiedy się rano obudzi okaże się że to wszystko były tylko
 pięknym snem…
 A jednak! Nie każdy ma piękne i udane życie, ale czy ten pech mógł się przydarzyc tylko Hermionie Riddle? Chyba wiele
dorosłych jest nie jest tak pobłażliwych i
 nie przekazjuą prawdy do uszu swoich dzieci…

 Draco siedział w swojej sypialni i rozmyślał…
 Cholera czy ona musi być taka ładna? Zapytał siebie w myślach. Teraz zrozumiał, czemu jego wzrok niepostrzeżeniekieruję
 się w jej stronę. Była naprawdę ładna.
 Jej usta w kolorzedojrzałych malin, wręcz zachęcały do złożenia pocałunku. Brązowe oczy,z bystrością i uśmiechem patrzyły
 na otaczający świat, a policzki, naktórych
od chłodu pojawił się rumieniec kusiły niczym zakazany owoc…Nie wiedział dlaczego ona tak na niego działa, do niedawna była
zwykłą szlamą i niewiedział w niej nic
 nadzwyczajnego.
 To przez twojego ojca głupi, to on zabraniał Ci tej przyjemności, nie pamiętasz? Sam na to niedawno narzekałeś…
 No tak, może masz rację. Pomyślał Draco myśląc co takiego powiedział ten głosik w jego głowie. Ale czy ona wybaczy mu te
pięć lat spędzonych wrogo? Zobaczymy co
 czas pokaże…

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Rozdział 1

Misto: Londyn
 Ulica: Grass Stret
 Dom numer: 24


 A w nim, mieszkała (nie)zwykła dziewczyna. Nazywała się Hermiona. Siedziała w swoim pokoju, który odznaczał się wyglądem
 i zawartością od innych
pokoi nastolatek. Na biurku leżał stos gazet, na których ludzie poruszali się. Obok jej dużego łóżka stał otwarty kufer
 a w nim księgi z zaklęciami, kociołek,
 rózdżka,  teleskop, szklane fiolki, waga z odważnikami i czarne szaty z godłem Gryffindooru, Gryfem. Ona, leżała na
 schludnie zaścielonym łóżku z nogami w górze
czytając Standardową księge zaklęć (6 stopień) Mirandy Goshawk. Po powrocie z ulicy Pokątnej nie mogła oderwać oczu
 od swoich nowo zakupionych książęk. Już jutro wróci
 do swojej ukochanej szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Miała tam trójkę wspaniałych przyjaciół: Harry’ego
 Pottera, Ginny i Rona Wesleya. Harry: chudy, niski i
 czarnowłosy młodzieniec z charakteryskyczną blizną w kształcie błyskawicy. Ginny i Ron: rodzeństwo. Oboje mieli
 włosy koloru rudego, nie byli zgodnym rodzeństwem ale
 za to każde z osobna miało swoje wady i zalety. Ginny: spokojna i miła dziewczyna z długimi włosami. Ron: zazdrosny
 o wszystko, śmieszny i lękliwy. Choć wszyscy się
 tak od siebie róznili, łączyła ich przyjaźń.
 - Hermiona! Zejdź na dół! Michael do Ciebie przyszedł!
 Hermione zamurowało – Michael O’Connor jest jej chłopakiem. Już od dawna wiedziała, że ten związek nie ma sensu. Ona –
 utalentowana Czarownica, On – zwykły Mugol,
 który nie miał pojęcia, że na świecie istneje coś takiego jak Magia. Nie mieli, wogóle o czym rozmawiać, w ostatnim czasie
 wogóle się nie dogadywali. Z resztą, taki
 związek nie ma sensu gdy ona wyjeżdża na cały rok szkolny, tłumacząc się że Rodzice specialnie posłali ją do szkoły z
Internatem. Nudziło ją to okłamywanie, ale nie
 chciała z nim zerwać, nie chciała powiedziać mu tego prosto w oczy bo wiedziała że on ją Kocha i ona zada mu ból, zrywając z nim. Więc chodziła z nim na przymus.
 Odliczała, przedłużające się dni do końca wakacji.
 Niechętnie zszeszła na dół. Widząc wielce uśmiechniętą twarz prystojnego blondyna zrobiło jej się go
 żal. Był ubrany w luźne Jeansy i lekko przydużą koszulkę a w
 ręku trzymał przepiękną czerwoną różę. Chciał się przyzwoice pożegnać, po prostu. Hermiona zauważyła
kątem oka że mama ulotniła się ukradkiem do kuchni. Michael
podszedł do niej pocałował i w policzek.
 - A to dla Ciebie. – powiedział dając jej różę. Była mile zaskoczona, ale co z tego jeśli go nie kochała?
 - Eee… Dzięki. Może pójdziemy na spacer?… – zapytała z nadzieją w głosie. Po chwili dodała… – Bo wiesz chciała bym ci coś powiedziedzieć, wytłumaczyć. –
 On kiwną głową, odwrócił się otworzył drzwi, odchylając się troszkę by Hermione przepuścić przodem.
 Chodząc długimi i oświetlonymi resztkami promieni słonecznych
wychychylających się zza chmur Hermiona powiedziała:
 - Wiesz, w ostatnim czasie, myślałam nad nami… – powiedziała rozwlekając każdą chwile. – Nie wiem
 czy to ma sens. Ja wyjeżdżam, nie będziemy się widzieć przez
cały rok. Nie mam pojęcia nawet czy będe tu wracać na święta, ale chyba nie. Listy to nie wszystko
po prostu myślę że ten związek nie ma żadnych szans na przetrwanie. Więc…
 - Chcesz przez to powiedzieć że… zrywasz ze mną?
 - Czekaj! -powiedziała bo zauważyła że Michael chce odejść – To nie tak jak myślisz! – powiedziała,
ale on już odszedł ze spuszczononą głową wpatrując się w czubki
 swoich butów.


***

 Ranek, Hermiona właśnie zakładała szybko ubranie by jak najszybciej spotakć się ze swoimi przyjaciółmi. Po zjedzeniu
śniadania szybko włożyła buty i wyszła na dwór.
 Tata już włożył do bagażnika samochodu jej kufer i klatkę z burającym się Krzywołapem – jej kotem. Wsiadła do samochodu i ruszyli w drogę.
 Jadąc, czuła że czym bliżej jest stacji King Cross, tym jest coraz bardziej ciekawa co się dzieje u jej przyjaciół i że coraz bardziej za nimi tęskni. Pamiętała że
 zawsze wszystkie dziewczyny, zazdrościły jej znajomości z Harry’m Potterem, ale ona nigdy nie była w nim zakochana. Wiedziała że jest przystojny i miły, ale to nie był
 jej ideał chłopaka. Chciała takiego który odmieni jej całe życie, z sercem z lodu, a ten lód ma rozpuścić jego iłość, jego do Hermiony. Ma być romantyczny, nie musi być
 wielce przystojny.
 Właśnie dojechali na miejsce. Tata Hermiony w pośpiechu wyciągnął z bagażnika kufer, a mama odciągnęła Hermionę na bok. Włożyła ręke do kieszeni i wyciągnęła kopertę.
 Wcisnęła oszołomionej Hermionie w ręce i piowiedziała:
 - Tylko nie wspominaj tacie o tym że Tobie to dałam. Nie otwieraj tego tutaj! – dodała półszeptem Emily Granger (tak się nazywała jej matka), ponieważ zauważyła że
 Hermiona chce odpakowac paczuszkę. – Zobaczysz to w pocią… No to, trzymaj się Kochanie i udanego semestru! – powiedziała mama Hermiony już normalnym głosem ponieważ
nie chciała żeby tata coś zauważył.
 - Do widzenia córeczko… – powiedział jej tata. Pomachała im na pożegnanie i przeszła przez zaczarowane przejście między peronami dziewiątym i dziesiątym, uchwytując
po raz ostatni smutnie uśmiechnięte twarze rodziców….
 - Hermiona! – usłyszała krzyk, nim sie odwróciła poczuła że jaj przyjaciółka Ginny Wesley już się do niej przytula.
 - Ginny! – odkrzyknęła Hermiona i również przytuliła przyjaciółkę. Kątem oka zaobaczyła że za nią stoją dwaj chłopcy. Jeden wysoki, przerażliwie chudy i
rudy młodzieniec a obok niego czarnowłosy troszkę niższy… już prawie męszczyżni. Zajeli wolny przedział. Hermiona tak pochłonięta rozmową z przyjaciółmi zapomniała
 o kopercie…
 - O Święta Trójca w komplecie! Wiedzie że ktoś się do was przyłączył! Następna wiewiórka… – dodał złowieszczym tonem Malfoy patrząc się na Ginny.
 - Zabierz z tąd swoją gębe, Malfoy, psujesz wystrój. – powiedziała Hermiona przeciągając sylaby tak jak to robił Dracon. Harry, Ron i Ginny wybuchneli smeichem a
Ślizgon poczerwieniał ze złości.
 - Lepiej uważaj, Granger! Twoja krew jest zbyt czysta, abym mógł Ci coś zrobić! – skinął na swoich goryli i razem opuścili przedział.


 Po uczcie powitalnej Hermiona odprowadziła pierszoroczniaków do Dormitorium Gryfonów, a później poszła się położyć. Długo nie mogł zasnąc rozmysljąc nad słowami które powiedział
 Malfoy ,,Twoja krew jest zbyt czysta abym mógł Ci coś zrobić!” Bo co to może znaczyć? Mógł po prostu z niej szydzić że ma rodziców mugoli. Ale w tekiej sytuacji powiedział by
 coś o Szlamie… nagle przypomniała sobie o kopercie którą dała jej mama na peronie! Wygramoliła się szybko z łóżka i wyciągnęła z torby kopertę. Otworzyła ją i zawartośc wyrzuciał
 na poduszkę. Był to list i… łańcuszek razem z przywieszką w kształcie serca. Na nim wygrawerowane były jej iniciały. Otworzyła a w środku… pustka. To tak jak z jej sercem
. Chwyciła list i przeczytała:

Hermiono!
 Chciałam ci podarować ten naszyjnik, tata zawsze scepytcznie odnosił się do tych moich starych nawyków, wiec lepiej by było żebyśmy tylko my o tym wiedziały. Ten
 naszyjnik jest bardzo stary, nosiła go twoja babcia, ja i teraz ty. Do środka włóż zdjęcie tej osoby którą kochasz i na zawsze pozostanie w twoim sercu. Jest tylko
jedna próba. Nie pozwól by jakiś chłopak, mógł to spokojnie obejrzeć. To jest tylko część prawdziwej Tajemnicy…
                                                                Twoja Mama

Hermiona sopjrzała jeszcze raz na list i naszyjnik. Z mętlikiem w głowie zasnęła…

*******************************************************************************************************************************************************************************i to narazie koniec 1 rozdziału

Rozdział 2

Następnego ranka Hermiona obudziła się wyjątkowo wcześnie. Gdy zobaczyła że pozostałe jej współlokatorki jeszcze śpią, postanowiła wstać po cichutku i ubrać się. 
Otworzyła swoją szafę i… szok. Teraz się dopiero przeraziła na widok swoich ubrań. Zmieniła się, i to bardzo jak na taką pospolitą kujonkę. Mimo to doszła do wniosku 
że… lepiej ubrać torszkę krótszą spudniczkę i lekki makijaż. Po ubraniu się zobaczyła że Samanta i Levander juz nie śpią tylko gawędzą między sobą. Hermiona rzuciła
 w nie poduszką i zapytała:
 - Jak wyglądam? – Reakcja dziewczyn była natychmiastowa. Wymieniły między sobą znaczące spojrzenia i Levander zapytała:
 - Hermi, dobrze się czujesz? 
 - No, jasne! – odparła głosem pełnym nieukrywalnym entuzjazmem. Uśmiechnęła się szeroko do koleżanek.
 - Jak tak to dobrze. Świetnie wyglądasz! – powiedziała Sam odwzajemniając usmiech. Hermiona wzięła torbę i ruszyła ku wyjściu z sypialni dziewczyn. 
 W Wielkiej Sali przy stole Gryfonów zobaczyła dwie charakterystyczne postacie, które żywo rozmawiały. Harry i Ginny siedzieli obok siebie a troszeczkę dalej siedział
 obrażony Ron. Podeszła do nich i zajęła miejsce obok Harry’ego.
 - Cześć! – powitała ich. 
 - Cześć… – powiedziała smętnie Ginny nie zwaracając uwagi na nowy ubiór Hermiony.
 - Co sie stało? – zapytała Gryfonka.
 - Chodzi Ci o Ronalda? – zapytała Ginny a Hermiona przytaknęła głową. – Jest wściekły jeśli chodzi o drużynę Quiditcha. Rozmawiając sobie z Harry’m nie zauważyliśmy
 jak podszedł do nas Ron. Wtedy powiedziałam że w tamtym roku bronił beznadziejnie ale w ostatnim meczu mu się udało. Bo miał szczęście. Niestety jak to usłyszał nie 
chciał słuchać żadnych tłumaczeń, nam chodziło o McLaggena, tego czubka. No ale mało ważne, przecież ty niedługo masz urodziny! I to siedemnaste, wiesz musimy zrobić
 jakąś impreze! Przecież dziś jest 6 września to zaostało nam… o Boże tylko sześć dni! Hermiona wiesz ja muszę lecieć się coś spytać… miłego dnia! – odeszła a Hermiona 
zwróciła się do Harry’ego.
 - Co słychać? 
 - Aaa tam… same nudy. Chyba że Hermiono…
 - Tak?
 - Ty jesteś dziewczyną, ty rozumiesz ich zachowanies. Możesz mi coś powiedzieć?
 - Pewnie.
 - Bo ja dziś zauważyłem że… To znaczy idąc z Ginny na śniadanie zauważyła nas Cho.
 - No to co? Przecież Ginny to twoja przyjaciółka…
 - Wiem, niby nic by mi nie powiedziała ale, nie wiem czy Ginny zrobiła to specialnie ale ona… ona mnie pocałowała. Teraz czuję się głupio w stosunku do nich dwóch
 mimo że normalnie z Ginny… Ale, Hermiono, jest coś jeszcze gorszego. – dodał. – Cho powiedziała mi że nie chce mnie znać i to nas łączyło już przestało być prawdziwe.
 Co ja mam zrobić? 
 - Wszystko jasne. – odpowiedziała pewnie Hermiona. – Ginny mi się wiele razy zwierzała, mówiła mi w tajemnicy że się jej podobasz. Ale nie mów że Ci o tym mówiłam.
 Więc jest tylko jedno rozwiązanie: chciała skłucić Ciebie i Cho  a później się do Ciebie zbliżyć. To znaczy, żebyście wy razem chodzili. 
 - Ale ona też mi się podoba. Jest fajna, miła, śmieszna. To nie jest to co Cho, ona… ja chyba przez tą sytuacje zakochałem się w dwóch osobach na raz. 
 - Harry, poczekaj. Posłuchaj głosu serca. Zbyt pochopnie to wszystko zaczęłeś. Ale… – urwała bo właśnie nadeszła profesor McGonagall rozdając nowe plany zajęc 
dla różnych klas. 
 - Panna Granger, panna Granger… – mówiła sobie pod nosem szukając odpowiedniego planu. – Proszę… – powiedziała podając jej kartkę z całym zaplanowanym dniem. 
 - Dziękuje! – zawołała i wyszła juz z Wielkiej Sali. W drodze na lekcje numerlogi poczuła jak nogi same prowadzą ją w strone lochów. Zobaczyła wielkie drzwi które 
pojawiły się w ścianie. Były wyróżniające się od innych drzwi w Hogwarcie: wileke, z brązu, z różnymi złotymi szczegółami. Były tak piękne że można było je nazywać
 ,,Drzwiami do Nieba”. Hermiona wyciągnęła ręke, aby uchwycić klamke. Wiedziała że nie powinna tego robić, za jakieś 5 minut będzie dzwonek. Albo spóźni się na lekcje
 ablo wogóle z tamtąd nie wyjdzie. Ciekawość wzięła górę. Jednym ruchem ręki nacisnęła klamkę i poczuła że drzwi się otwierają. Straciła świadomość tego co zostawiła
 za drzwiami. Ujrzała pomieszczenie średniego rozmiaru. Było całkowice puste. Ściany były oświetlane różnymi kolorami.
 Wydawało się że to świtatło powstaje z powietrza.
 Najmniejszym i najjaśniejszym źródłem swiatła była… Myślodsiewnia. Hermiona zdezrorientowana wyciągnęła różdżkę
 i szturchnęła nią zawartość misy. Lekko zadrżała…
 Pochyliła się nad nią dotykając jej zawartości twarzą. Czuła że ją coś wciąga, próbowała stawić opór ale mięśnie odmówiły 
jej posłuszeństwa. 
 Poczuła że staje na twarde glebie. Rozejrzała się dookoła. Znajdowała się w całkiem nieznanym jej miejscu. Był to kolisty
 pokój, bardzo staroświecki. 
Roiło się tam od Auntentyków i różnych czarno magicznych rzeczy. W jednej rozpoznała ręke Glorii… w tym monencie do 
pomieszczenia wbiegła przestraszona
 kobieta z dzieckiem na rękach. 
 - Emily! Emily, jesteś tu? – zapytała przestraszona brązowowłosa matka. Była ubrana w najgorsze łachy. Z sąsiedniego 
pokoju wyszła… jeakieś 15 lat młodsza
 Emily Granger. Matka Hermiony! 
 - Co się stało? Co ty tutaj… 
 - Proszę Cię… On zaraz tu będzie, wież i zaopiekuj się Hermioną, on ją chce zabić. Uwierz mi, on się niedawno dowiedział 
że to jego córka.
 - Riddl? Tom chce zabić Hermionę? Nie wi…
 - No to uwierz! Zaopiekuj się nią, to ostatnia rzecz o jaką Cie proszę…
 - No dobrze. – powiedziała Emily biorąc małe dziecko na ręce. Błysnęło niebieskie światło a Hermiona  ponownie  pojawiła
 się w pomieszczeniu. Gdy wyszła zadzwonił 
dzwonek, a ona pobiegła na lekcje numerologii…
 Następne mieli Eliksiry, zgodnie z tradycją były one ze Ślizgonami. Nic się nie zmieniło, Snape taki jak zawsze parszywy,
 wredny i okrutni a Ślizgoni nie lepsi.
 Choć drażniło ją zachowanie Dracona Malfoya. Oprócz wrednych uśmieszków, wego wzrok był cały czas wlepiony w Hermionę…
 
 ,,To jest nie możliweabym była jego córką. Przecież zawsze rodzice… Emily i Gregor Grenger zawsze jej powtarzali że jest
 ich córką. Może chcieli ujryć przed nią 
straszliwą prawde, co z tego by wynikało że jej przyrodnia matka jest czarownicą. Jest córką największego czarnoksiężnika
 znienawidzonego przez cały świat – 
Lorda Voldemorta i jest… chyba czystej krwi. Jaka będzie prawda? Czas pokaże…”