Hermiona Granger jeszcze zaspana idąc przez, obecnie teraz już swą sypialnie, rozglądała się bacznie dookoła jak by się bała że z szafy wyskoczy jakiś stwór,
albo co gorsza jakiś Ślizgon.
”Ślizgon” do tej pory tak obcje jej słowo, a teraz była jedną z nich, oczywiśce tylko płuci żeńskiej. Nie cieszyła się tym luźnym życiem, o którym wczoraj
opowiadął jej Malfoy. Lubiała siedzieć w bibliotece i nie przeszkadzało jej to że w czasie różnych imperz, urządzanych po wich po wielkich wygranych, profesor
McGonagall, opiekunka Gryfonów, rozpędzała całe to towarzystwo i zaganiała je do łóżkek. Sam fakt, bardzo się cieszyli gdy Gryfoni osiągali wielkie sukcesy.
Największymi były chyba zbobycie pucharu Quidicha i Domów, co było wielkim zaszczytem. Co roku odbierali go Ślizgonom. Tylko jak była w pierwszej klasie i w
drugiej go nie zdobyli z ważnych powodów. Po raz pierwszy Harry, ich szukający jeden z najlepszych i tym stuleciu leżał nieprzytomny w szpitalu, a drugim razem
odwołano rozgrywiki z powodu otwarcia Komnaty Tajemnic. Ale i tak zawsze wiernie im kibicowała…
Przerywając te swoje piękne wspomnienia otworzyła szfę, gdzie znajdowało się jakieś trzy pary szat czarno-zielonych z naszywką ,,Hermiona Riddle”. Przez ten czas
polubiła nawet to nazwisko, nie było złe, choć tęskniła trochę za Granger… Ubrała się. Był jak ulał, troszkę przycisne ale to szpeciło jej wyglądu wręcz przeciwnie,
podkreślało jej kobiece kształty. Przecież każdy musi kiedyś dorosnąć. Uczesała się i założyła buty. Wychodząc drzwi na przeciwko jej sypialni otworzyły się również.
- Och… – wyrwło jej się niechcący. Malfoy popatrzył na nią i powiedział:
- Cześć! – widać było humor mu dopisywał.
- Cześć… – odpowiedziała z niechęci Hermiona nie wierząc że tak wita się z własnym wrogiem. Ale on nie był już wrogo nastawiony, wręcz przeciwnie, chciał się z nią
zaprzyjaźnić. Teraz gdy zwrócił na nią większą uwagę, lecz ona się tym bardzo nie przejęła. Chyba za te wszystkie „Szlamy” ale co z tego jak to nie prawda. Ale i tak
on był przekonany że jak mówi to tak jest.
- Czekaj chwilę, muszę Ci coś dać. – powiedział chwytając Hermione za łokieć i zatrzymując.
- Co, takiego? – zapytała on tylko usmiechnął się tajemniczo i wszedł do swojego pokoju nie zamykając za soba drzwi.
Hermiona zaglądając ukradkiem do jego pokoju zastanawiała się co to może być. Jego pokoju był urządzony identyczne tak jak Hermiony: gustowny, ładny i jak tradycyjnie
w Slytherinye zielony.
Draco po chwili nieobecności wrócił ze zwitkiem pergaminu i odznaką Prefekta. Przecież Parkinson była ich prefektem! Coś tu nie gra…
- Co to, ma niby być? – zapytała Hermiona zdezorientowana. Była prefektem w Gryfindoorze ale… żeby tak w Slytherinye? Dziwne…
- Plan lekcji… – powiedział wciskając jej zwitek pergaminu w ręce. – Chyba nie mamy takich samych lekcji jak Gryfoni. – dodał przypinając jej odznakę prefekta do
szaty na piersi.
- Ale ta odznaka… – powiedziała nadal nie wiedząc o co chłopakowi chodzi.
- Snape zwolnił ze stanowiska prefekta Parkinson i uczynił nim Ciebie. W końcu niczym się nie dziwię, sama chyba będziesz lepszym prefektem od niej. Aaaa i jeszcze
jedno. Zebrania mamy co środę o godzine 20.00 w Pokoju Wspólnym. Liczę na twoją obecność i do zobaczenia na lekcjach… – odszedł a Hermiona odetchnęła z ulgą.
Rozejrzała się dookoła i zobaczyła jeszcze kilka drzwi. Pierwszym razem nie zwracając uwagi na nie, teraz zauważyła że na każdym z nich jest napisane imie i nazwisko
osoby zajmującej dany pokuj.
Poprawiła sobie odznakę i oddaliła się w kierunku Pokoju Współnego. Idąc czuła na sobie spojrzenia więszej części Ślizgonów, troszkę ją to krępowało ale chyba po
któtszym czasie do tego przywyknie.
Siadając w Wielkiej Sali przy stole Ślizgonów nie było jej obco. Każdy domownik Slytherynu traktował ją jakoś inaczej. Może z tego względu iż była córką Lorda
Voldemorta? No tak można było się tego spodziewać. Przecież jedną z ostatnich dwóch potomków Salazara Slytheryna. Ach robiło jej się zimno i ciarki przechodziły
po plecach na myśl o tym. Ten wąż na godle…
A skoro już mowa o wężach, Salazar słynął z tego że potrafił rozmawiać z wężami, tak jak to potrafi Harry! To jeśli Hermiona jest naprawde jego córką też powinna
potrafić. Ale jak? trzeba po prostu…
- Panno Ridlle, proszę abyś dziś stawiła się w moim gabinecie. O 18.00 żadnych wymówek. – powiedział Snape, teraz opiekun jej domu. Skinęła głową i powiedziała.
- Tak, panie profesorze.
Po zjedzeniu śniadania ponownie udała się do Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Tym razem po książki. Popatrzyła na plan lekcji pierwszą lekcją była transmutacja. Razem
z Gryfonami i byłą opiekunką. Kolejne wzruszające spotkanie.
Idąc korytarzem, teraz jakoś Hermionie nikt nie dokuczał. Nie nazywali ją szlamą, ani nie przeszkadzało im że wogóle chodzi do tej szkoły. Włożyła ręke do kieszeni
i poczuła że coś rno tam włożyła. Wyciągnęła i zobaczyła podarunk od mamy. Ten piękny naszyjnik.
- Hermiona! – nawoływał ją ktoś z końca korytarza. Odwróciła sie i zobaczyła Ginny.
- Cześć!
- Witaj, Hermiono… – powiedziała oficialnym tonem Ginny. Hermiona w odpowiedzi na to stwierdzenie uniosła brwi a Ginny dodała. – W ostatnim czasie nie rozmawiałyśmy…
- Ja… nie, nie chciałam… przecież to nie moja wina.
- I właśnie dlatego chciałam z tobą porozmawiać. Bo widzisz… nie zależnie od tego kim się staniesz, zawsze będziemy twoimi przyjaciółmi…
- Będziemy? – zapytała Hermiona nie wiedząc o kogo chodzi.
- No, ja, Harry i Ron.
- Jakoś nie wiedzę żeby Ronowi się uśmiechało spotakać z córką Voldemorta, a co dopiero Harry’emu!
- Nie wściekaj się, wiem że jest Ci źle być…
- Dobrze jest mi być Ślizonką – odpowiedziała Hermiona i odeszła. To spotkanie z Ginny jeszcze bardziej nadszarpnęło jej nerwy.
***
- Czy wy nigdy nie przestaniecie być troszkę ciszej?! – zapytała Hermiona pierszoroczniaków którzy w tym samym momęcie uciszyli się i popatrzyli
na nią jak by była jakimś dzikim Hipogryfem. Czytała właśnie podręcznik do Transmutacji od czasu do czasu wymieniając zdanie z Malfoy’em.
- Nie denerwuj się, kiedy się dowiedzieli że jesteś córką Czarnego Pana, spodziewali się w każdej chwili ataku z twojej storny.
- Dzięki za pocieszenie, nie ma co. – powiedziała zgryźliwe. – A tak z innej beczki. Gdzie jest gabinet Snape’ya?
- Nie wiesz?
- Jakbym wiedziała to bym się przecież nie pytała, chyba nie? – powiedziała uśmiechając sie do Malfoya. Uśmiechając się do Malfoya. Jak to dziwnie brzmi.
- Jak się wychodzi z klasy Eliksirów, zaraz na prawo jest taki korytarz który prowadzi schodami w dół. Na dole są chyba trzy pary drzwi. Te od jego gabinetu,
to te które są duże, brązowe i zamiast normalnej klamki jest jakby taka głowa węża.
- Dzięki… – spojrzała na zegarek. – 17.00… ile jeszcze czasu…
- Po co Cię wzywa?
- Sama nie wiem. Powiedział mi tylko żebym przyszła o 18.00 i ulotnił się. Dziwny z niego typek…
- W końcu był Śmierciożercą i kto wie… może nie przestał nim być. Służba Czarnemu Panu, to służba na całe życie.
- Co masz na mysli?
- Coś konkretnego.
- To znaczy?
- Nazywasz się Riddle. RIDDLE. – powtórzył Draco.
- No i co z tego? Przecież to normalne.
- A właśnie że nie. Jestem jednym z dwóch osób która widziała to wspomnienie. A co Ci chciał zrobić w tedy Tom? – Hermione olśniło. Ale Snape nie był by do tego
zdolny… – ale nie sądze aby ten gnojek mógł Ci coś zrobić…
- Tak myślisz?
- No tak…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz