W Wielkiej Sali dało się wyczuć podniecony nastrój. Nic się nie zimieniło w wyglądzie pomieszczenia, wręcz przeciwnie – Wielka Sala wyglądała tak jak zawsze, na
codzień. Wszyscy uczniowie dowiedzieli się że Draco Malfoy i Hermiona Riddle, za nie dopuszczalne zachowanie (o ile można to tak nazwać:)) zostali wezwani do gabinetu
profesor McGonagall, po to aby oni mogli się sprawdzić w nowej roli Romea i Juli. Okazało się że profesorka nie miała nosa. Draco i Hermiona z najszczerszymi
negatywnymi chęciami pokazali na co ich stać: spóźnili się na umówione spotkanie (na co psorka w szczególności przymknąła oko), za głupią odzywkę Dracona, który jej
powiedział „Zakładem psychiatrycznym, leczącym kalekich mugoli” na zdane pytanie „Czym według was jest ta szkoła?” odjęła Slytherynowi 20 punktów. Z czego można
wywnioskować że nie dostali tej roli.
Zadowolona para szła między stołem Domu Węża i Domu Lwa, uśmiechając się szyderczo do każdej osoby która na nich patrzyła. Czasem towarzyszyłay im głupie odzywki.
Siedząc przy stole rozmawiali i śmiali się.
- Ej! Malfoy! – zawołał nagle Goyl, który właśnie przyszedł do Wielkiej Sali.
- Co chciałeś? Może zniżki na wózki? Chyba już nie da rady chłopie, dajesz tylko dwa Galeony i walisz ile chcesz… – razem z Hermioną i paroma innymi Ślizgonami
wybuchneli śmiechem.
- Ja, ten… albo już nic. Myślałem tylko że… ale nie. – bełkotał nie wyraźnie pod nosem.
- Goyl nie wysilaj się tak, uważaj bo przekwitniesz a mamy szczególnie deszczową pore roku co może nie sprzyjać twojemu stanowi… – powiedziała Hermiona z udawaną
powagą na co Malfoy przytaknął i dodał:
- …i jeśli myślisz że będziemy latać za tobą abyś się nie utopił to grubo się mylisz. Choć nie wiem kto by miał nam nosić później książki, jak myślisz Riddle?
- Może masz rację. Już się przyzwyczaiłam do „nie noszenia” książek. Teraz, mamy taki zwyczaj że one same za nami łażą… – dodała Hermiona po czym oboje się zaśmiali.
Hermiona i Draco, byli nie obliczalni. Tylko dwie osoby ale wszyscy bali się im postawić. Dwoje nowych pupilków profesora Snape’a siedziało w jednej ławce na
Eliksirach i innych przedmiotach. Więc teraz najwspanialszą częścią dnia były lekcje w lochach. Mogli rozmawiać do woli, Snape nie zrobił im nic, nawet nie próbował
karać gdy zapomnieli dodawać najważniejszych składników do eliksirów. Niestety na innych przedmiotach nie było tak łatwo. McGonagall zawsze trzymała ich na baczności
a na Wróżbiarstwie trzeba było słuchać przeklętych opowiastek niby przepowiadania przyszłości.
- Malfoy… – wyszeptała Hermiona na ostatniej w tym dniu lekcji Zielarstwa do Dracona. Mieli jak na razie wolną przestrzeń do rozmowy – stali po trzy-cztery osoby przy
jednej roślinie i „próbowali” sposobem opisanym w książce. Przy nich akurat nie było nikogo oprócz Parkinson, która jak zawsze na rozkazach Malfoy’a siedziała
cichutko.
Profesor Sprut właśnie przechadzała się między nimi i oglądała starania uczniów od czasu do czasu pomagając i pouczając ich. Jak prawie każdy nauczyciel –
nie zaliczajmy do tej grupy profesora Snape’a – w szczególności miała oko na zachowanie Ślizgona i ślizgonki.
- Mmmm… – powiedział na znak że słyszy nie odwracając oczu od kolekcji krzakowatych roślinek, które właśnie nakłuwał w sposób mało zrozumiały, nożem.
- Kiedy jest to… to przedstawienie? – zapytała nachylając się do niego troszkę aby właśnie przechodząca psroka jej nie usłyszała. Pondiósł głowę a jej wzrok
padł na zimne i szaro-niebieskie oczy.
- Jutro, a bo co?
- A nie powiesz nikomu? – zapytała. Dracon popatrzył na nią bijącym wzrokiem i dodała. – To tylko tak dla pewności. Więc… chcę wywinąć jakiś numer podczas
tego przedstawienia.
- To brzmi ciekawie. Tylko jakiś bardziej mugolski pomysł. Co masz konkretnie na myśli?
- Może… coś takiego, no aby przedstawianie się nie udało. Może gaz łzawiący? -zapytała, mając nadzieje że Malfoy załapie mugolski produkt.
- Sama nazwa kojarzy mi się z płaczem ale nie wiem co to jest.
- Powiem Ci wieczorem. – powiedziała Hermiona bo właśnie zabrzmiał dzwonek i mieli już tego dnia wolne.
- Na zadanie domowe napiszcie na dwie stopy pergaminu na temat jadowitych Tentakuli. Do wiedzenia. – wszyscy uczniowie wyszli z cieplarni naprawdę zażenowani.
Każdy chciał odpocząć od tej głupiej budy.
Niektórzy uczniowie za lepsze pochodzenie spodziewali się lepszych ocen, ale niestety nie było takiej możliwości. Teraz w wyższych klasach mogli tylko polegać
na sobie… i książkach.
Jedni potrzebowali zaopatrzenia w słodkości na zimne jesienne wieczory, inni miotły do latania. Były też takie osoby które chciały, lub wręcz pragnęły tego aby
mogły panować nad swoimi uczuciami i wyborem serca.
Tak się działo od dłuższego czasu. Czar letnich Miłości prysnął, ale to nie oznacza że zakochać się można tylko latem. Każda pora roku miała w sobie jakąś
tajemnice. Zwierzęta i ludzie się zmieniają z upływem czasu. Nie chodzi o zasypianie na zimę czy zapasy.
Ludzi można nazwać właśnie taką rasą która nie ma swoich zwyczaj.
- Rozumiesz już? – zapytała Hermiona. Który kiwnął głową a w ręku zatrzepał małym pudełeczkiem.
- No to do dzieła, Riddle, do dzi… Zaraz, zaraz. – urwał w pół zdania.
- Coś się stało?
- Chyba. Wymyślę coś później teraz musimy. Jak to się nazywało?
- Instrumenty. Słyszałam że mają taki mały zespół. Wspaniały pomysł aby sobie trochę popłakali.
- Jesteś cudna, Riddle. Kocham Cię…
- Dobra dość tych pogaduszek. – powiedziała jakby zaganiała małe dziecko do spania. Nie uwierzyła w gadkę Malfoy’ea. Jak i on w to nie wierzył. – Idziemy. –
Zarządziła, mimo że nie docierało do niego żadne słowo ruszył za nią. On ten zimny drań bez uczuć odważył się wypowiedzieć dla niego tak przeklęte słowa,
które teraz odbijało się echem po jego głowie. Samo echo potrafi zaprowadzić ludzi we właściwy cel. Może się zmieni…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz